Mój przyjaciel Andrzej Zbieranowski
Pochodził z drobnej kresowej rodziny o tradycjach
szlacheckich. Zbieranowscy u schyłku XVIII w. pełnili
funkcję bażantarnika bądź strzelca na dworze J.O.
Xięcia Stanisława Radziwiłła „Panie Kochanku” w
Nieświeżu. Otrzymana za wysługę lat niewielka (100
dziesięcin) majętność Mierzonka w powiecie
ihumeńskim (dziś Czerwień) w późniejszej guberni
mińskiej pozwoliła rodzinie na egzystencję do
rewolucji bolszewickiej 1917 r. Systematycznie
uszczuplany z powodu rodzinnych działów i sprzedaży
mająteczek spowodował, że dziadek Andrzeja został
lekarzem. Jego ojciec zaś był przed wojną geodetą w
Dubnie na Wołyniu, gdzie przyszli na świat dwaj synowie.
Po najeździe sowieckim na Polskę 17 września 1939 r.,
matce Andrzeja z dwójką synów udało się wyjechać do
Generalnego Gubernatorstwa. Znalazła schronienie w
podrzeszowskiej wsi Bratkowice. Po wojnie rodzina
mieszkała w Czudcu, Krakowie i Proszowicach, gdzie
synowie zdali maturę.
Jako absolwent Politechniki Śląskiej w Gliwicach
Andrzej miał w swoim życiu dwa okresy –
„śląski” i „łódzki”. Burzliwe okoliczności
życiowe sprawiły, że po latach pracy w przemyśle
chemicznym, z konieczności znalazł się w okolicach
Brzezin. Zamieszkał w domu swoich rodziców w Starych
Koluszkach. Nie mogąc pracować w zawodzie inżyniera
chemika rozpoczął działalność rzemieślniczą, gdzie
introligatorstwo stanowiło jedynie część aktywności
zawodowej. Był niesłychanie operatywny w swoich
okolicach utrzymując m.in. kontakty z setkami
okolicznych parafii. Jego wiedza o miejscowym
duchowieństwie stanowiła materiał na dobrą pracę
socjologiczną. Dzięki odtworzonym podstawom materialnym
mógł sobie pozwolić na rozwijanie pasji bibliofilskich
i heraldycznych. W okresie gierkowskim heraldyka
przeżywała swój renesans. Herby i herbarze, nawet
odbijane na ksero, były poszukiwanym towarem. Popyt
przewyższał podaż. Andrzej z duchem czasu
„produkował” m.in. malowane w estetycznej manierze
herby, wykonywał drzewa genealogiczne na miarę tamtych
możliwości. Systematycznie udoskonalał swoje
umiejętności warsztatowe, a po upadku socjalizmu,
korzystając ze zdobyczy techniki doszedł do
mistrzowskiej formy w edycjach na zamówienie i od serca.
Były nimi druki i druczki bibliofilskie oraz dyplomy i
specjalne oprawy, m.in. ksiąg i broszur
okolicznościowych i pamiątkowych.
Był niemalże równolatkiem mojej matki, a więc
istniała pomiędzy nami znaczna różnica wieku. Długo
znaliśmy się tylko z widzenia. Ja wiedziałem o
istnieniu podłódzkiego entuzjasty heraldyki i
introligatorze, a Andrzej słyszał o "kłusowniku"
na polu genealogii. Tym bardziej, że przez dłuższy
czas jedynym informatorem na temat mojej osoby był jego
bliski znajomy: Leszek Pudłowski, ówczesny sekretarz
generalny Polskiego Towarzystwa Heraldycznego.
Nasza ścisła znajomość zaczęła się późno. Bodajże
latem 2002 r., w drodze do dworu kopertowych hrabiów
Skarbków z Trzepnicy za Piotrkowem Trybunalskim.
Podjechałem do niego skuterem i zostałem dzięki
znakomitym trunkom "przymusowo" na 2 dni.
Później wizyty stawały się coraz częstsze, a nasza
współpraca zaowocowała wykonaniem na zamówienie kilku
kolorowych drzew genealogicznych. Drzewa te wykonywane
techniką komputerową z naniesionymi nań herbami i
orderami, wyróżniały się przyjazną estetyką formy,
właściwym rozplanowaniem elementów i przejrzystym
układem typograficznym. Zawarte w nich syntetyczne
wiadomości przemawiały do odbiorcy wyraziście.
Oficjalnie opracowaliśmy jedno drzewo
hrabiów Krasickich z Siecina w gałęzi galicyjskiej.
Wydrukowane zostało w 2 egzemplarzach o metrowych
wymiarach. Tradycyjnie tego rodzaju drzewa były również
rozpowszechniane w mniejszej oprawnej edycji. W
kolejnym kolorowym rodowodzie opracowanym z moim szerokim
udziałem Andrzej nie mógł już umieścić mojego
nazwiska ze względu na dobro swoich klientów. Była to
genealogia Jędrzejowiczów i Mier-Jędrzejowiczów.
Spory udział miałem również w ostatnim wielkim
drzewie Bnińskich. Opracowaniom tym towarzyszyły nasze
bliższe lub dalsze wędrówki po kraju mające charakter
podróży. Schemat był zawsze podobny. Odwiedzaliśmy
stare kościoły, cmentarze i dwory, a kiedy było trzeba
trafialiśmy i do archiwów i muzeów. Szczególnie w
pamięć wryła się wycieczka w okolice Rzeszowa, którą
odbyliśmy jeszcze starym rozklekotanym polonezem
Andrzeja, obfitująca w rozmaite przygody.
Odznaczał się znacznym osobistym
urokiem oraz szczerością i otwartością wobec ludzi.
Osobne zagadnienie to jego podejście do kobiet pełne
estymy i szacunku. Miał staropolski gest wobec oddanych
mu przyjaciół i bliskich znajomych. Potrafił na miarę
swoich aktualnych możliwości podejmować gości
zarówno w domu, jak i w niedalekiej restauracji.
Spotkaniom tym nierzadko towarzyszyły tradycyjne domowe
nalewki: aroniówka bądź dereniówka. Były to napitki
długo przygotowywane według starych receptur, co niżej
podpisany i wielu jego przyjaciół może poświadczyć
własnym gardłem.
Nasze dialogi były nierzadko
„zażarte”. Punktem spornym było m.in. oblicze
Polskiego Towarzystwa Heraldycznego. Andrzej przyznawał
mi wiele racji, co do charakterystyki nie tyle samej
organizacji, ale niektórych jej członków. Jedynym poza
dyskusją pozostawał prezes, dziś już ś.p. Stefan K.
Kuczyński. Były to czasy, kiedy PTHer. był
„monopolistą” w swojej dziedzinie i autorytet tej
organizacji wydawał się dla wielu niezaprzeczalny.
Z jego odejściem zabrakło kolejnego
już człowieka, z którym można było podyskutować o
genealogii czy heraldyce w szerokim słowa znaczeniu,
włączając w to wątki obyczajowe, społeczne i
osobiste. Takie rozmowy mogłem prowadzić tylko z
nielicznymi, jak choćby ze zmarłym wcześniej Juliuszem
Hr. Ostrowskim, którego Andrzej znał z dawnych
„śląskich” czasów.
Nasze rozmowy w dużym stopniu dotyczyły
spraw osobistych. Andrzej przejmował się zawsze moimi
krętymi drogami życiowymi. Ze wzajemnością polubili
się z moim Olgierdem i nasze wspólne spotkania dobrze
wryły się w pamięć mojego syna.
Jego najważniejszym osiągnięciem
życiowym było samodzielne wychowanie syna Łukasza, w
którego ukształtowanie włożył wiele uczuć i energii.
Ta osobista inwestycja udała mu się najbardziej i tylko
najbliżsi wiedzą jakie przyniosła profity.
Trudno jest wspominać kogoś tak
bliskiego, z którym miało się nie tylko wspólne
zainteresowania, ale można było liczyć na
przyjacielską pomoc i wsparcie. Dobra rada Andrzeja
była zawsze nieoceniona. Zwłaszcza dziś kiedy
rzeczywistość staje się coraz bardziej pogmatwana. W
ostatnich miesiącach jego życia trapionych ciężką
chorobą i pobytami w szpitalu kontaktowaliśmy się
tylko telefonicznie. Wierzyliśmy, że się wkrótce
spotkamy. Los zdecydował inaczej. Jak celnie powiedział
nad grobem ojca jego syn Łukasz: „Chciałoby się
powiedzieć coś więcej, a słów brakuje…”.
©Tomasz Lenczewski